Całuję dwie córeczki na do widzenia. Mężowi życzę powodzenia i przestrzegam, że dwuletnia Madison ostatnio chowa warzywa z drugiego śniadania do butelek na mleko swojej młodszej siostry. Wychodzę do pracy.

Z pobliskiej stacji odbieram Gabi, która uczy klasę angielską. Jedziemy na śniadanie. Nad kanapką z awokado kombinujemy jak wytłumaczyć pięciolatkowi, że jeden wyraz może mieć 14 różnych końcówek. No i dlaczego ten sam wyraz może oznaczać jednocześnie małe zwierzę i część wyposażenia komputera. Kończymy kawę, lecimy dalej.

karnawał 1

 

Górzyste Brisbane, za kwadrans dziewiąta, jeszcze nie jest nieznośnie upalnie, ale już  gorąco. Sobota.

Otwieramy drzwi szkoły, wita nas wielki uśmiech i zaraz burza pytań i propozycji. To pani dyrektor, wszystkim znana jako Julia. Podróżniczka i blogerka, skarbnica wiedzy i doświadczeń. Po chwili tanecznym krokiem nadchodzi Oliver, absolwent naszej szkoły, rodzynek w kadrze, instruktor Zumby i prawdopodobnie najcieplejsza osoba w Brisbane. Basia juz przebrana za wawelskiego smoka, bo tydzień temu przegrała z uczniem w „stinky feet”. Talentów w szkole nie brakuje. Dorota uczy klasę 4-6 a w międzyczasie gra na skrzypcach i pianinie, śpiewa, tańczy, recytuje, ćwiczy, studiuje, wszystkich motywuje, a energią i pasją życia zaraża w koło. Projekty plastyczne to robota dla Marty, naszej duszy artystycznej, wychowawczyni przebojowych przedszkolaków. Jest też pomocny Adam, Żaneta i Ula…

Potem zaczynają przychodzić rodzice z dzieciakami.

Wtedy, tysiące kilometrów od Polski, w Australii, nagle gadamy z rodzicami o najlepszym serniku w Krakowie i wspominamy, jak to my, w podstawówce, graliśmy w gumę i piliśmy przez słomkę oranżadę z woreczka.

Zaczynamy lekcję. Pytam Maksa, jak się mówi chef po polsku, a on na to – szefek. No i jak tu się nie uśmiechnąć? Jak tu nie kochać uczenia w polskiej szkole, gdy największy klasowy urwis mówi do Ciebie: „Fajna jesteś, możemy razem pooglądać gwiezdne wojny”?

karnawal 3

Aluś, jeszcze dobrze nie sięga mi do pasa, a już rozwiązuje polskie krzyżówki. Do szkoły przywozi go mama – mama mam z Brisbane, mama dwóch milusińskich i mama tysiąca inicjatyw, przedsięwzięć i spotkań, Karolina. Karolina jest prezesem naszej szkoły, głową Komitetu Rodzicielskiego, prowadzi też grupę zabaw dla młodszych dzieci w każdy piątek od 10 rano.

Masz chandrę, nic Ci sie nie chce i szukasz motywacji? Zagadaj Karolinę, zaraz Ci przejdzie :)

Jak tu nie kochać każdej soboty, gdy wokół ciebie same inspirujące osoby?

Osoby, które swoją energią nakręcają, by robić fajne rzeczy, by być dumnym ze swej polskości, by nie wstydzić się mówienia do dzieci po polsku na South Bank, w kolejce po Froyo?

Jak tu nie kochać każdej soboty, jeśli to właśnie tu wspólnie pogadać o radościach, ale i problemach rodzica emigranta. Kto lepiej niż inny rodzic te radości i problemy zrozumie?

Często, ten prawdziwy, wewnętrzny dramat emigranta pojawia się w momencie, gdy dwoje beztroskich, szalejących i zakochanych decyduje się na dziecko daleko od domu. Wtedy pojawia się tęsknota, jakiej wcześniej nie było, nie własna lecz związana z dziećmi. Wspominasz, jak to babcia zabierała cię co niedzielę na gofry z bitą śmietaną, jak to wujek nauczył cię łowić ryby i puszczać kaczki na wodzie. Dobrze pamiętasz słynne racuchy cioci Krysi i, jak fajnie było spotkać się z całą gromadą kuzynów na obiad u babci w niedzielę.

Większość dzieci emigrantów tego nie ma.

karnawal 4

I to boli nas, rodziców, najbardziej. Ale trzeba sobie jakoś radzić. Jedna mama mojej uczennicy powiedziała mi ostatnio: „Jak ja się cieszę, że zdecydowałam się na polską szkołę dla mojej córki, dzięki temu poznałam moją najlepszą przyjaciółkę”. Przyjaciółkę, która teraz przyjeżdża w odwiedziny, przywozi ciacho bananowe i dużo radości. Tak samo, jak ciocia Krysia z twoich wspomnień, tylko że po australijsku.

Dlatego właśnie fajnie jest uczyć  i uczyć się w polskiej szkole, bo my Polacy jesteśmy mega ciekawi, super kreatywni i odważni. Jesteśmy zabawni i wyjątkowi. Im cześciej będziemy się wspierać i spotykać, tym nasza polskość będzie jaśniej świecić, nawet na drugim końcu świata.

Wracam do domu. Po śladach spaghetti na drzwiach i brokułach wystających z sandałów wiem, że dzieci nie są głodne. Potykając się o zawartość szafki z łazienki, sprzęt kampingowy z garażu i elementy mojej garderoby, pięknie zdobiące wspólnie podłogę korytarza, pokoju dziennego i kuchni, wnoszę również że dobrze się bawiły. W ogrodzie witają mnie dwie umazane,uśmiechnięte i do tego cudownie dwujęzyczne buzie – życie jest piękne!

Żaneta Branch